Szukałam
Byłam świeżo upieczoną magistrą pedagogiki, która sprzedawała okna. Wciąż mieszkałam w studenckim mieszkaniu i szukałam swojego miejsca na ziemi oraz sensu życia. Byłam już trochę znudzona dynamiką relacji z mężczyznami: o mnie zabiegali ci, których ja nie chciałam, a ci, których uważałam za atrakcyjnych, nie byli zainteresowani mną. Jedyną realną i poważną ofertę miłości otrzymałam w Kościele — od Pana Boga.
Na katechezach zwiastowania usłyszałam, że Bóg mnie kocha, taką, jaka jestem, i że kocha mnie za darmo. Nie gorszy się moimi grzechami i chce mi dać życie wieczne. Dostałam też od Niego obietnicę, że ma moc dać mi serce zdolne kochać nieprzyjaciół.
Pielgrzymowałam
Był rok 2000. Intencją pielgrzymki jubileuszowej #Roma2000 było rozeznanie woli Bożej na moje życie. Wiedziałam już, że moje własne pomysły kończą się źle. Miałam w sercu gotowość pójścia do zakonu, jeśli poczuję, że Bóg mnie woła.
Podczas spotkania powołaniowego na Circus Maximus z formatorami Drogi Neokatechumenalnej, gdzie mogłam potwierdzić swoją gotowość, w momencie wołania dziewczyn do zakonu… siadło tłumaczenie. Nic nie słyszałam w słuchawkach. Nie usłyszałam wołania.
W drodze powrotnej otrzymałam Słowo, aby nie wracać do ziemi swoich ojców, bo wielu chce tam dokonać spustoszenia. Zrozumiałam, że wolą Bożą jest, abym została w Warszawie. Zawsze jakiś konkret.
Wróciłam umocniona. Pełna Ducha i przekonana, że jestem ukochaną córeczką Boga. I że nawet jeśli nie wiem, jakie jest moje powołanie, nie mam chłopaka, dobrej pracy ani mieszkania w wieku 26 lat — On mnie kocha i prowadzi moją historię.
Zaufałam
Namacalnym znakiem przemiany, która dokonała się na pielgrzymce, było to, że zaczęłam chodzić na spacery do Łazienek. Pracowałam w pobliżu, ale wcześniej unikałam tego parku, bo nie potrafiłam sobie poradzić, gdy widziałam zakochanych spacerujących alejkami. Po powrocie z Rzymu dostałam zgodę na moją historię.
Prostowałam ścieżki
Uporządkowałam też swoje relacje z chłopakami. Wiele z nich po prostu zakończyłam. Prostowałam ścieżki swojego życia.
Wtedy pojawił się on. Nienachalnie.
Znaliśmy się z Kościoła, byliśmy razem w autokarze na pielgrzymce. Najpierw zadzwonił i powiedział mi, że rozstał się z dziewczyną. Nie rozumiałam, po co mi to mówi, ale przyjęłam do wiadomości. Potem zaczął zapraszać mnie na wycieczki rowerowe do Kampinosu. To był zawsze bardzo miło spędzony czas. Uznałam go za ciekawego człowieka, z którym nigdy się nie nudziłam.
Pytałam
Z dziewczynami ze wspólnoty założyłyśmy klub (o niecenzuralnej nazwie) kobiet bez obrączki, za to z poczuciem humoru i pytaniem o powołanie. Jedna z nich przyszła kiedyś do mnie i w trakcie rozmowy oznajmiła stanowczo:
– Ty wiesz, że Jacek cię podrywa.
– Chyba ciebie! – odparłam szybko.
A potem, gdy trochę rozwinęłyśmy temat, trudno było jej nie przyznać racji.
Jacek coraz częściej dzwonił z propozycją spotkania. Ja byłam dość zdystansowana i asertywna. Pamiętam, że mimo propozycji wspólnego obejrzenia filmu „Tańcząc w ciemnościach” z muzyką mojej ukochanej Björk, do kina poszłam z przyjaciółką.
Badałam
Pewnego dnia zadzwonił i opowiadał, że wraca z eventu dla architektów. Jadł tam homary i kraby, a dania podawały piękne kelnerki: blondynki z długimi włosami i nogami do szyi, o obfitych kształtach.
Przypomniały mi się wtedy słowa Aśki o rzekomej sympatii Jacka do mnie. Spojrzałam w lustro, zobaczyłam kobietę o dziewczęcej budowie i krótkich włosach i uznałam to wszystko za bajkę.
Zaczęłam zadawać sobie pytania o sens tej relacji i w ogóle o miłość, o relacje damsko-męskie. Pomyślałam, że może to wszystko nie dla mnie. Wiedziałam, że pragnę głębi, a może to, co się dzieje, to tylko powierzchowna gra oparta na pożądaniu. Coś mnie ukuło w środku, coś się we mnie przewalało tego wieczoru.
Odpowiadałam
11 listopada 2000. Imieniny Marcina. Wysłałam SMS-a z życzeniami do brata Jacka. Odpisał mi Jacek:
DLACZEGO PODRYWASZ MOJEGO BRATA. ON MA DZIEWCZYNĘ, A JA JESTEM WOLNY.
Pomyślałam: grubo. Ktoś tu wyłożył karty na stół. Trochę przestraszona, wystukałam na starej Nokii odpowiedź:
IDŹ DO SWOICH HOMARÓW I KRABÓW.
Po chwili przyszła wiadomość:
WOLĘ CHRZEŚCIJANKI, MAJĄ SŁODSZE MIĘSO.
Urzekł mnie tym tekstem. Doceniłam błyskotliwość i inteligencję.
I wtedy przez głowę przeszła mi myśl:
Szukasz męża po całym świecie, a jest tak blisko. Jego ci przeznaczyłem.
Pobyłam z tą myślą dłuższą chwilę. Poprzyglądałam się jej z różnych stron, bez gwałtownych ruchów, bez potrzeby robienia czegokolwiek. Zaczęłam się po prostu modlić. Nie spałam pół nocy. Śpiewałam pieśń, której nauczyłam się na pielgrzymce.

Rozmawiałam z Bogiem długo i poważnie. W sercu powiedziałam: „OK. Wchodzę w to. Chcę pełnić Twoją wolę, tylko proszę — nie pozwól, żeby to była znowu pomyłka. Bo ja już więcej zranień nie wytrzymam”.
Pragnęłam
Następnego dnia była Eucharystia we wspólnocie. Spotkaliśmy się w dolnym kościele. Usiadł obok mnie, a potem zaprosił mnie na imieniny brata. Zgodziłam się.
W małym pokoju było mnóstwo ludzi. Najbardziej zapamiętałam kobietę w zaawansowanej ciąży. Był też ktoś znajomy ze studiów dziennikarskich. Mama Jacka i Marcina upiekła pyszne ciasto drożdżowe. Panowała tam ciepła, domowa atmosfera. Poczułam klimat podobny do tego z mojego domu — i to było bardzo urzekające. Do siebie miałam daleko, więc nie zostałam długo. Jacek odprowadził mnie na przystanek.
Kiedy stanęłam w drzwiach tramwaju, po obu stronach czuć było pragnienie pocałunku, ale stare, nieszczelne drzwi zasunęły się i zostawiły nas z romantycznym niedosytem i motylami w brzuchu. Podobała mi się ta niespieszność, to czekanie na ciąg dalszy. Było to zupełnie inne niż wszystkie relacje wcześniej.
Rozeznawałam
Rozpoczęłam studia doktoranckie, miałam do napisania poważną pracę, zdarzało mi się odmawiać spotkań. Być może miałam wątpliwości, być może potrzebowałam czasu. Niedawno założyłam swój pierwszy w życiu mail — roma_2000 — i dostałam na niego od Jacka ważną wiadomość. Pisał, że wszystkie jego wcześniejsze dziewczyny uważały go za egoistę niezdolnego do bliskiej relacji i że zanim się zaangażuję, chce mi to uczciwie powiedzieć. Potraktowałam to jako kokieterię i specjalnie się tym nie przejęłam. Chyba powoli zaczynałam się w to wkręcać.
Przysłał mi też zdjęcia swojego projektu opublikowanego w „Dobrym Wnętrzu”. Zaprojektowane łazienki zrobiły na mnie ogromne wrażenie — zresztą podobają mi się do dziś. Artykuł nosił tytuł: „Szaro, że aż miło”. Później byłam na jego wykładzie o projektowaniu w siedzibie „Muratora” i zobaczyłam go z zupełnie innej strony: poważnego, profesjonalnego, dojrzałego — na tle naszej wspólnotowej paczki. To było takie: WOW.
Oswajałam
Pamiętam romantyczne wyjście do Samiry w pobliżu bazy MPO na Polu Mokotowskim. Chyba wtedy po raz pierwszy chwyciliśmy się za ręce, idąc parkiem w stronę Ochoty. Potem był spacer po Powązkach z moją przyjaciółką Sroką. Odwiedziliśmy grób Alfreda Cholewińskiego, jezuity, który sprowadził do Polski wspólnoty neokatechumenalne. Zrobiło się ciemno i trochę się bałam. Chwyciłam Jacka pod rękę. Cała drżałam z emocji. Z tygodnia na tydzień dystans się skracał.
Gdy zaprosił mnie do kina na „Miasteczko South Park” — mimo że to zupełnie nie moje klimaty — bardzo się cieszyłam, że spędziliśmy razem ten czas.
Przyglądałam się temu, co się dzieje, spokojnie. Chłodziłam emocje. Bardzo nie chciałam kolejnego rozczarowania. Z całego serca pragnęłam pełnić wolę Bożą — sobą już zbyt wiele razy się rozczarowałam.
Próbowałam
Kiedy Słowo Boże proklamowane we wspólnocie oświetlało naszą relację, bywało trudno. Stawiało nas w prawdzie. Pokazywało, że bycie razem bywa bolesne. Odkrywało nasze historie, zranienia i deficyty, a przede wszystkim mówiło, że to jest nasza prawdziwa historia. Próba przeżywania tej relacji w czystości wymagała ode mnie ogromnego wysiłku, prawdziwego przylgnięcia do Chrystusa. Walki toczyły się na wielu płaszczyznach, ale zawsze z pomocą przychodziło Słowo.
Płakałam
Mniej więcej po roku przyszedł pierwszy kryzys. Czułam, że stoimy w miejscu, a troska o to, by nie popłynąć w cielesność, zaczynała przekraczać moje siły. Wiedziałam jednak, że nie chcę żyć w grzechu. Próby rozmów o tym, co dalej, nie przynosiły konkretów ani zmian. Rozstaliśmy się.
Cierpiałam potwornie. Miałam żal do Boga, bo inaczej się z Nim umawiałam w „nocą pełną ciemności, tęsknotami w miłości rozpaloną”. Chodziłam wtedy codziennie na Eucharystię. Po każdej Mszy czułam, że moje serce pała jeszcze bardziej i byłam przekonana, że ma to być mój mąż. Od Boga. On jednak nie wracał.
Wątpiłam
Po jakimś czasie zwątpiłam w swoje rozeznanie. Wiedziałam, że Boga spotyka się w faktach, nie w emocjach. Prosiłam Go, by zabrał mi tę miłość, by zabrał mi to przekonanie, że to jest ten wybrany. Uznałam to za ułudę. Próbowałam zdusić w sobie tę pewność. Uciekałam wszędzie tam, gdzie go nie będzie.
Minęły dwa, może trzy miesiące. Niespodziewanie zadzwonił do mnie do pracy z propozycją wspólnego wyjścia na basen. Odmówiłam. Powiedziałam, że nie jestem gotowa bez rozmowy i wyjaśnień paradować przed nim w stroju kąpielowym. Zajmując sobie czas, zobowiązałam się pilnować dzieci znajomym, więc mogłam się spotkać dopiero po kilku dniach. Nie było w tym gry — ja nie potrafię grać. Tak po prostu się ułożyło.
Wracałam
Nie pamiętam, co mówił ani jak przepraszał. Pamiętam za to przekonanie, że nie ma ludzi idealnych i że sama nie potrafię przebaczyć, ale spotkałam Boga, który ma moc uzdolnić mnie do przebaczenia i miłości, i który pozwala nam przyjąć się niedoskonałymi. Dowiedziałam się wtedy też, że podczas spotkania powołaniowego na Circus Maximus Jacek modlił się, żebym nie wstawała do zakonu, że już wtedy miał przekonanie, iż chce, abym była jego żoną — tylko nie miał odwagi w to wejść.
Odpowiedziałam
Potem przyszło Słowo o Abrahamie, którego Bóg zaprosił do drogi w nieznane, dając mu obietnicę szczęścia, ziemi i syna. Po tej katechezie Jacek poprosił mnie o rękę, mówiąc, że usłyszał, iż Bóg zaprasza go do wyruszenia i że wtedy będzie szczęśliwy.
Przyjęłam oświadczyny. Pół roku później wzięliśmy ślub.
Słuchałam
Proklamowana była na nim Ewangelia (Mt 10, 24–33):
„Uczeń nie przewyższa nauczyciela ani sługa swego pana. Wystarczy, jeśli uczeń będzie jak jego nauczyciel, a sługa jak pan jego. Jeśli pana domu przezwali Belzebubem, o ileż bardziej jego domowników tak nazwą. Więc się ich nie bójcie! Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć. Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach! Nie bójcie się tych, którzy zabijają ciało, lecz duszy zabić nie mogą. Bójcie się raczej Tego, który duszę i ciało może zatracić w piekle. Czyż nie sprzedają dwóch wróbli za asa? A przecież żaden z nich bez woli Ojca waszego nie spadnie na ziemię. U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone.Dlatego nie bójcie się: jesteście ważniejsi niż wiele wróbli.
Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie. Lecz kto się Mnie zaprze przed ludźmi, tego zaprę się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie.”
Mam nadzieję
Zdaje mi się, że teraz spełniają się słowa:
„Nie ma bowiem nic zakrytego, co by nie miało być wyjawione ani nic tajemnego, o czym by się nie miano dowiedzieć”.
Tyle razy Bóg mówi w tym czytaniu: „Nie bójcie się (…) jesteście ważniejsi niż wiele wróbli”.
„U was zaś nawet włosy na głowie wszystkie są policzone”.
I tego chcę się dziś trzymać. Jego Słowo mnie przecież nigdy nie zawiodło.